Matt Urban

Matt Urban

Matt Urban, a właściwie Mateusz Urbanowicz – Matt Urbanowicz, urodził się 25 sierpnia 1919 roku w Buffalo w stanie Nowy Jork, w rodzinie polskich emigrantów. Uzyskał licencjat z historii na Uniwersytecie Cornell w Nowym Jorku. 2 lipca 1941 roku wstąpił do Korpusu Oficerów Rezerwy armii amerykańskiej i po odbyciu przeszkolenia w Fort Bragg w Karolinie Północnej został skierowany do 60 Pułku Piechoty 9 Dywizji Piechoty, z którym odbył sześć kampanii bojowych na froncie II wojny światowej. Walczył w Algierii, Tunezji, na Sycylii, we Francji i w Belgii. Z czasem doszedł do stopnia podpułkownika i stanowiska dowódcy batalionu.

Urban, jeszcze jako porucznik, wsławił się w bitwie o Przełęcz Kasserine w Tunezji, za którą został odznaczony Srebrną Gwiazdą, Brązową Gwiazdą i dwoma Purpurowymi Sercami (odznaczenie USA za rany odniesione w boju). Podczas kampanii we Francji kapitan Urban dowodził kompanią F w 2 batalionie 60 Pułku 9 Dywizji Piechoty. Jego oddział wylądował na plaży Utah w czwartym dniu po inwazji i wkroczył do akcji 11 czerwca nad rzeką Merderet. Cztery dni później kompania kapitana Urbana operowała w rejonie wioski Renauf.

Okolica była pełna żywopłotów, tak gęstych i wysokich, że zasłaniały niebo niczym najprawdziwszy las, teraz targany ulewą, jaka nie przemijała od kilku dni. Nieliczne wąskie drogi, albo raczej ścieżki, zmieniały się w błotniste bajora. Jakby tego było mało, widoczność ograniczały mgła i dymy rozpoczynającej się bitwy. Pociski rwały się raz po raz gdzieś w tej gęstwinie. Za tą zasłoną rosło dudnienie czołgowych silników. Co chwilę grzmiały ich armaty. Wozy były jak niewidoczne potwory, atakujące z ukrycia. Hałasowały, atakując napotykane amerykańskie pozycje, po czym parły, włażąc głębiej w 9 Dywizję Piechoty.

Pociski Panter zaczęły spadać coraz bliżej. Rwały się w gałęziach, raniły piechurów. Wszędzie słychać było przekleństwa, rozkazy i krzyki rannych, wzywających medyków. Sanitariusze biegali od okopu do okopu, nic nie robiąc sobie z odłamków tnących mokre powietrze.

– Skurwysyny… Walą na oślep – kapitan Urban wychylił się ostrożnie ze swojego dołka strzeleckiego. Ziemia drżała i obsypywała się do okopu. Gdzieś przed pozycją ukrytą w żywopłocie trzaskały drzewa, kładzione ciężarem pancernego cielska. Przez mgłę błysnął strzał i pocisk poszedł nisko, eksplodując tuż za okopem oficera.

– Nie strzelać… Podpuszczajcie ich bliżej! – Matt Urban zdzierał gardło do swoich ludzi, głównie młodych, niedoświadczonych żołnierzy, którzy na wojnie byli dopiero od kilku dni.

Kolejny pocisk nadleciał nie wiadomo skąd. Wybuch rzucił oficerem, a w ustach poczuł okropny smak palącego się kordytu. Okop po prawej otrzymał trafienie. Dwóch żołnierzy po prostu wyparowało. Z zarośli buchnął strzał bazooki, ale pocisk nie miał szans przebić przedniego pancerza Pantery, szczególnie z tak dużej odległości.

– Wariaci – szepnął Urbanowicz. Wściekł się na takie bezmyślne marnowanie amunicji.

Od frontu zbliżały się już dwa czołgi, a kolejne słychać było dalej, między żywopłotami. Wozy miotały się, jechały ostrożnie, manewrując w tym zielonym labiryncie.

– Sir… kompania A się cofa… – młody kapral z radiem na plecach podczołgał się do kapitana. – Duży atak, sir… Artyleria odpędziła ich piechotę!

Urban wychylił się jeszcze raz.

– Zostań… – rozkazał, jakby nie słuchał, co mówi młody żołnierz. – Niech obserwator artylerii utrzymuje ogień. Te skurwysyny nie poradzą sobie w takim terenie bez wsparcia.

Wyczołgał się z okopu i podpełzł po mokrej ziemi do zniszczonego okopu. W pobliżu leżała porzucona bazooka. Oficer chwycił ją i ruszył biegiem w żywopłot, tam gdzie kryli się jeszcze jego ludzie.

– Macie amunicję? – poklepał pancerzownicę, pytając obsługę innej wyrzutni, z której strzelano z dystansu. – Trzeba ich podejść… Inaczej gówno im zrobicie!

– Jeszcze tak… – przemoczony sierżant uniósł torbę z ładunkami.

– Za mną – Matt rozkazał, nie patrząc na niego. On i jeszcze kilku ludzi zaczęli przedzierać się gęstym żywopłotem w stronę niemieckich czołgów.

Poranił dłonie i twarz, szarpiąc się w gęstwinie. Przebycie kilkudziesięciu metrów zajęło wieczność – przynajmniej tak mu się wtedy zdawało. Zastygł przerażony, gdy wreszcie po raz pierwszy ujrzał kanciaste, ogromne cielsko Pantery. Kręciła wieżą, pokonując łąkę. Załoga była ostrożna. Jechała wolno, omiatając każdy podejrzany zakątek ogniem karabinów maszynowych.

Reszta pojazdów kryła się za zaroślami, w dymach. Amerykańska artyleria tłukła gdzieś dalej na wschodzie, wyrzucając w powietrze gejzery mokrej ziemi.

– Co za bydle… – sierżant z bazooką jęknął, wybałuszając zafascynowane oczy.

– Co? Też widzisz takiego giganta na żywo… tak blisko? – szeregowy z obsługi usiłował sobie żartować, ale ledwo wykrztuszał słowa.

– To nie spalony wrak, nie? – Urban śledził Niemca wzrokiem. – Ale zawsze można go w takie coś zamienić… – pozbierał się i otrząsnął z szoku. – Ładuj – rozkazał szeregowemu, chyba żeby dać przykład. Żołnierz wsunął podłużną rakietę w rurę i podłączył kabel elektryczny. Klepnął oficera w hełm, dając znak, że wszystko gotowe, i prędko schował się za nasyp.

Urban długo i cierpliwie celował w sunący wolno czołg. Kosztowało go to wiele nerwów. Spodziewał się, że zaraz ktoś go dojrzy i zetnie serią. Ale chciał być pewny, że mierzy dobrze. W bok wozu, tam gdzie pancerz powinien być cieńszy.

Wcisnął spust. Rakieta poleciała z sykiem, ciągnąc krótko ogon dymu. Na burcie czołgu wyrósł obłok i zapaliło się dziesiątki iskier. Otoczyły go rwące się strzępy wyposażenia. Czołgiem nawet nie zatrzęsło, sunął dalej jeszcze kilka metrów, jakby nic się nie wydarzyło.

– Ładuj! – głos Matta brzmiał rozpaczliwie.

Szeregowy wyczołgał się z ukrycia, bez najmniejszej ochoty, i drżącymi rękoma zaczął ładować kolejną rakietę. Pantera tymczasem zwolniła. Z różnych szczelin zaczął wydobywać się coraz gęstszy dym. Właz na wieży się odsunął i z wnętrza wyskoczył czołgista w czarnym mundurze. Goniły go rosnące płomienie, i więcej smolistego dymu. Inni członkowie załogi też ratowali swoje życie. Widok musiał zaszokować ukrytych Amerykanów, bo zaczęli strzelać dopiero po kilku sekundach. Położyli pokotem kierowcę, i strzelca, z niemieckiego wozu.

– Boże… – amerykański kapitan szepnął, kiedy z czołgu wybiła się na krótko kula ognia, zmieniająca się zaraz w żywy płomień bijący pionowo w górę. Gwałtowny pożar amunicji zaczął się wypalać, a ogień się uspokoił. Wydzierał się z każdego otworu przy dźwięku rwących się pocisków różnych kalibrów.

Urban nie miał czasu podziwiać fajerwerków – na łące pojawiła się druga Pantera. Niemiec chciał uniknąć losu poprzednika, więc zrobił się ostrożniejszy. Wóz pełzł wolniej, kryjąc się za wrakiem. Załoga nie dostrzegła w tej mgle, skąd padł śmiertelny strzał, i waliła z karabinów maszynowych w zupełnie innym kierunku.

Matt przeskoczył kilka metrów w bok i odczekał. Był teraz pewniejszy i spokojniejszy. Jego ludzie śledzili jego ruchy i niemiecki czołg. Oficer poczekał, aż Pantera podejdzie bliżej. Przymierzył i rąbnął w bok wieży. Wóz zadrżał i stanął, ale lufa zaczęła wolno przesuwać się w stronę Amerykanów.

– Ładuj! – wrzasnął raz jeszcze, zrywając się do biegu. Szeregowy wyciągnął pocisk i usiłował go wtłoczyć w bazookę, kiedy nastąpił strzał. Niemiecki pocisk przebił drzewa i pomknął daleko. Urbanowicz sam doczepił drut elektryczny.

– Kryć się! – rozkazał.

Niemiecki czołg walił seriami po krzakach, zabezpieczając się przed amerykańską piechotą. Ale Urban był już dalej. Położył się w błocie tak, by Niemcy nie mogli go łatwo wypatrzyć. Wstrzymał oddech i posłał pocisk ponad gąsienice Pantery. Drugi strzał był lepszy. Przez dwie sekundy nic się nie działo, ale zaraz potem pojawił się dym. Nikt nie uciekał z wnętrza.

– Dobra… dajcie im popalić! – zawołał radośniej do swoich ludzi.

Sierżant, jakby spokojniejszy, wyskoczył w zarośla z własną pancerzownicą.

– Walcie do nich… Te czołgi są za wielkie na ten pieprzony las… – Urban dzielił się obserwacjami. – Bez piechoty są ślepi i głusi… – dyszał. – Tam – wskazał przed siebie. – Masz jednego. Nie daj mu uciec… – na łąkę pchała się jeszcze jedna Pantera. Jej załoga naiwnie liczyła na łut szczęścia…

Tego samego dnia, gdy kompania F kontynuowała natarcie w kierunku miasteczka Orglandes, kapitan Urban został raniony w nogę. Mimo poważnej rany łydki odmówił ewakuacji na tyły, i kierował natarciem kompanii z noszy! Pozostawał ze swoją kompanią do następnego dnia, kiedy to został raniony po raz drugi. Osłabiony od utraty krwi Urban zgodził się na ewakuację. Został odniesiony do punktu sanitarnego, a następnie przewieziony do szpitala, ulokowanego na terenie Anglii.

W lipcu, podczas rehabilitacji, dowiedział się, że jego pułk poniósł ciężkie straty podczas walk wśród normandzkich żywopłotów. Na liście strat odnotowano też dowódcę jego batalionu. Wówczas, świadom, że potrzeba doświadczonych oficerów po drugiej stronie Kanału La Manche, Urban wypisał się ze szpitala. 25 lipca przypłynął statkiem do Francji i dołączył do swojej jednostki w okolicach Saint Lo. Docierając do sztabu, dowiedział się, że jego kompania rozpoczęła właśnie natarcie. Kulejąc, z laską w jednej ręce i pistoletem w drugiej, udało mu się dotrzeć do niej w krytycznym momencie bitwy.

Żołnierze właśnie zalegli pod silnym ostrzałem z przeciwległego żywopłotu, oczekując wsparcia wezwanych czołgów. Kiedy kapitan dotarł na plac boju, dwa z nich były już zniszczone, a trzeci stracił niemal całą załogę. Urbanowi udało się w całym tym chaosie znaleźć porucznika i sierżanta z jednostki pancernej i razem postanowili dotrzeć do nieuszkodzonej maszyny. W trakcie podejścia obaj towarzysze kapitana zginęli. Mimo to, samemu Urbanowi udało się dotrzeć do wozu, i wślizgnąć do wieży.

Ku jego zdziwieniu okazało się, że kierowca jest nadal w maszynie. Kapitan Urban wydał rozkaz do ataku w kierunku umocnionego niemieckiego punktu oporu. Sam tymczasem zajął się obsługą karabinu maszynowego. Zalegająca do tej pory piechota ruszyła do ataku, zajmując stanowiska przeciwnika.

W trakcie ostatniego kontrataku Niemców w Normandii, który został przez historię zapamiętany jako zmagania pod Mortain, Urban, raniony piąty raz, ponownie odmówił ewakuacji i kontynuował natarcie. 6 sierpnia 1944 roku w randze majora przejął dowództwo batalionu piechoty. Kolejna rana, odniesiona 15 sierpnia, nie odciągnęła go od obowiązków – pozostawał na froncie aż do początku września, gdy 9 Dywizja dotarła do granic Belgii. 2 września major został ranny w gardło podczas przekraczania rzeki Mozy przez jego żołnierzy. Tym razem oznaczało to kres jego służby liniowej, początek okresu rekonwalescencji i demobilizację w 1946 roku.

Nie oznacza to jednak kresu tej historii. W 1978 roku jeden z towarzyszy broni Urbana zaczął szukać informacji o przyczynach nieprzyznania bohaterowi Kongresowego Medalu Honoru. Wkrótce specjalnie powołana komisja wojskowa ujawniła, iż dokumenty wysłane przez dowódcę Urbana, w których rekomendowano odznaczenie, nigdy nie dotarły do dowództwa Armii, a sam wnioskodawca zginął wkrótce po przesłaniu rekomendacji.

Przeoczenie zostało naprawione 19 lipca 1980 roku, kiedy to po trzydziestu pięciu latach opóźnienia podpułkownik Matt Urban został odznaczony przez prezydenta Jimmy’ego Cartera Kongresowym Medalem Honoru. W uzasadnieniu nadania medalu napisano między innymi:

„Kapitan Urban swoją osobistą postawą przywódczą, nieograniczoną odwagą i wielokrotnym narażaniem się na ogień wroga stanowił inspirację dla całego swojego batalionu. Jego bohaterskie i nieustraszone działania przynoszą mu najwyższe uznanie i podtrzymują szlachetne tradycje Armii Stanów Zjednoczonych.”

W tym momencie Matt Urban okazał się być najbardziej odznaczonym amerykańskim żołnierzem II wojny światowej, deklasując Audie Murphy’ego!

Pułkownik Urban zmarł w 1995 roku, w wieku 70 pięciu lat, w wyniku powikłań jednej z ran uzyskanych w trakcie wojny. „Duch” – bo taką ksywkę zyskał wśród wojennych przyjaciół, jako że mimo ran zawsze wracał, by walczyć dalej – został pochowany na cmentarzu w Arlington…

Leave a Reply